opcje
Wyższa Szkoła Logistyki / Aktualności / Czekam na dzień, w którym znów poleje się krew
drukuj

Czekam na dzień, w którym znów poleje się krew

2018-01-03 21:53

Rozmowa z Emilem Lisowskim, prezesem Marathon International SA

Emil Lisowski w środku.

Skąd w panu ten dynamizm?

- To się po prostu ma zakodowane w DNA. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale faktem jest, że nie potrafię usiedzieć w miejscu i nie potrafię się nudzić. To właśnie popchnęło mnie do logistyki, bo ta branża jest bardzo dynamiczna. 

Dynamizm pomaga w biznesie?

- Wrodzone ADHD? Oficjalnie nigdy tego u mnie nie zdiagnozowano, ale aktywność i nieakceptowanie stagnacji bardzo mi pomagają. Poza wszystkim, logistyka jest bardzo ciekawą branżą. Przede wszystkim jest to ciekawy biznes, ale on daje też dodatkowe atuty, na przykład możliwość poznawania nowych ludzi, czasem robienia rzeczy wręcz szalonych. To mnie napędza. Zawsze łamanie schematów działało na mnie inspirująco... 

Ma pan tendencję do łamania barier? 

- Stanowczo tak. Codziennie staram się podnosić sobie poprzeczkę i chcę, aby otaczająca mnie rzeczywistość nieustannie się zmieniała. I to się udaje. 

Jakie były początki Marathonu International, który dzisiaj jest jedną z najdynamiczniej rozwijających się firm branży logistycznej w Polsce?

- Wpis do rejestru działalności gospodarczej otrzymaliśmy we wrześniu 2003 roku. Dlaczego logistyka? W 1999 roku dostałem pierwszą pracę w Rosnerze, dużej, niemieckiej firmie, w której park samochodowy liczył ponad 2 tysiące ciężarówek. To był dla mnie wówczas niewyobrażalny gigant! Dzięki znajomości języka niemieckiego wysłano mnie do centrali w Niemczech. W dzieciństwie język niemiecki był moim przekleństwem, od dziesiątego roku życia rodzice zmuszali mnie do nauki tego języka, a ja go nie lubiłem. Jednak okazało się, że to rodzice mieli rację, nowy pracodawca docenił moją znajomość języka i kazał za kilka dni zgłosić się do pracy. Po miesiącu wysłano mnie do centrali, gdzie już wtedy wyszły moje problemy z subordynacją, bo nie chciałem czapkować mojemu przełożonemu. On chciał, abym robił mu kawę i był jego sekretarzem, a ja rwałem się do logistyki. „Uciekłem” piętro wyżej. Trafiłem blisko zarządu firmy, gdzie pokazano mi, jak firma funkcjonuje od zaplecza. Nauczyłem się niemieckiego stylu zarządzania, podczas gdy w tym czasie w Polsce szalał dziki kapitalizm. Niemcy nauczyli mnie konkurować jakością, nie ceną. Od tego czasu bardzo mocno się tej zasady trzymam. I to się opłaciło. Na początku 2004 roku wyleasingowałem pierwszą ciężarówkę. Zaczęła działać firma, w której obowiązywał niemiecki styl zarządzania. Od początku, i ta zasada obowiązuje do dnia dzisiejszego, tłumaczyłem swoim ludziom – powiedzcie klientowi najgorszą prawdę, ale prawdę. Nie ściemniajcie. To zaczęło owocować kolejnymi klientami i zleceniami. 

Pewnie nie zawsze było kolorowo?

- Oczywiście, były lata chude. W okresie od 2007 do 2009 roku na rynku logistycznym, nie tylko w Polsce, „polała się krew”. Ogromny kryzys gospodarczy na świecie. Padało wiele firm, inne miały poważne problemy. W 2009 rok jeden z polskich banków niemal doprowadził do naszej upadłości, bo z dnia na dzień wygasił nam linię kredytową i środki, które wpływały na rachunek pokrywały debet, a brakowało pieniędzy na płatności i regulowanie zobowiązań. Mimo to przetrwaliśmy. W drugiej połowie 2009 roku powiedziałem sobie, że to nie może trwać wiecznie, że dość już tej krwi popłynęło. Gospodarka, jeszcze nieśmiało, zaczęła łapać oddech. A skoro tak, to za chwilę rynek będzie potrzebował ludzi i sprzętu. Mimo że nastroje były cały czas podłe, zdecydowałem się na ruch wyprzedzający – tamtego roku zamówiłem dwadzieścia nowiutkich ciężarówek, choć prawdę mówiąc nie miałem na to środków. Wyleasingowałem auta na bandyckich warunkach, procent sięgał 20 punktów! To był rozbój w biały dzień, ale jednocześnie strzał w przysłowiową „dziesiątkę”, bo klienci dosłownie rzucili się na te auta. Byliśmy przygotowani na odbicie się od dna. To spowodowało, że w tej chwili możemy sobie pozwolić na kupno 70 ciężarówek jednorazowo. I nikt już nie ośmiela nam się proponować leasingu w wysokości 20 procent. Złapaliśmy nie tyle drugi oddech, ale prawdziwy haust powietrza. Dużo dobrego się dzieje.

Skoro udało się Panu przewidzieć wydarzenia z 2009 roku, to musi mi Pan odpowiedzieć na pytanie o przyszłość branży logistycznej w Polsce.

- Czekam na korektę. Na kataklizm, który moim zdaniem, powinien się wydarzyć 2-3 lata temu, a który do teraz się nie wydarzył. Na razie na rynku panuje hossa, ale cały czas obawiam się dnia, w którym się obudzimy i znowu upadnie jakiś wielki bank, wszyscy popadną w globalną panikę. Nauczony doświadczeniem wiem, że taki dzień przyjdzie. Ważne, aby być na to przygotowanym, mieć silne fundamenty. Na tym się obecnie skupiamy i stąd między innymi stworzenie dużej i nowoczesnej bazy logistycznej w Kostrzynie koło Poznania. Ale nie przejmujmy się na razie przyszłością. W tej chwili logistyka jest żyłą złota, co oznacza, że nie trzeba konkurować ceną, a raczej dostępnością, jakością i mobilnością. Znalazłem się w realiach, w których od 2004 roku marzyłem, aby przyszły do tego kraju. Dość powiedzieć, że wracają do nas klienci, którzy kilka lat temu nie chcieli z nami współpracować, bo ich zdaniem nasze ceny były zbyt wysokie. Dzisiaj okazuje się, że jednak jakość ma znaczenie. To oznacza, że polski rynek w ostatnich latach bardzo się zmienił. Cena przestała odgrywać pierwszoplanową rolę. 

Jaki wpływ na logistykę będzie miał rozwój technologiczny? W Stanach Zjednoczonych Elon Musk przeprowadza już testy na samochodach elektrycznych, za chwile powszechne staną się autonomiczne ciężarówki...

- Nie boję się zmian. To naturalny rozwój.

Ale dla firm logistycznych oznacza to kolejne, bardzo duże, inwestycje.

- Na tym polega biznes. Biznes to nieustanne, mądre inwestowanie. Kierujemy się tą zasadą i właśnie dzięki temu Marathon International jest w miejscu, w którym jest. W tym roku przychody naszej firmy sięgną 70 mln zł. Gdybyśmy nie inwestowali, to dalej bylibyśmy w epoce kamienia łupanego. Cieszę, że będą powstawały pojazdy autonomiczne, że pewne procesy będą się automatyzować, bo w jakiś sposób będziemy, być może, mogli spać spokojnie. Automatyzacja zastępuje niskie kwalifikacje ludzi, a w konsekwencji eliminuje błędy. Oczywiście, można biadolić, że automatyzacja eliminuje ludzi. Ale to nieprawda, ona eliminuje ludzi słabo przygotowanych. Takich, którzy przychodzą do firmy, wyciągają rękę i mówią „oto jestem, płać mi 5 tysięcy złotych, bo mam dyplom”. A sam dyplom niewiele znaczy. Człowiek po studiach logistycznych powinien być gotowy do podjęcia pracy, mieć już pewne doświadczenie, chęć dalszego rozwoju, dalszego podnoszenia własnych kwalifikacji, mieć głód zdobywania wiedzy i umiejętność jej przyswajania. Dlatego strzałem w „dziesiątkę” jest to co robi Wyższa Szkoła Logistyki w Poznaniu. Mówię to całkiem szczerze. Mamy wielu stażystów, którzy są studentami tej uczelni i jestem z nich bardzo zadowolony. Wszyscy ci stażyści mają u nas zagwarantowaną pracę. Bo my już wiemy, że oni dadzą sobie w przyszłości radę. Dość powiedzieć, że już w tej chwili zatrudniam na menedżerskich stanowiskach sześciu absolwentów Wyższej Szkoły Logistyki w Poznaniu i jestem z nich bardzo zadowolony.

Rozmawiał Piotr Gajdziński

Obejrzyj rozmowę z Prezesem Emilem Lisowskim na YouTube

 

Wróć

Do góry

e-Indeks to jedyny indeks jaki obowiązuje w WSL. Zaloguj się na swoje konto studenta, aby sprawdzić oceny, płatności za studia, czy komunikaty dziekanatu.

Internetowe forum WSL, to miejsce spotkań studentów. Jeśli rozpoczynasz studia w WSL, to właśnie tutaj znajdziesz nowych kolegów z tej samej grupy :-)